Żadne słowa nie oddadzą tego, co przeżyłam podczas mojej modlitwy uwolnienia. Ale zacznę od początku…
Parę lat temu byłam na rekolekcjach. Sama z dziećmi. Zdruzgotana wewnętrznie. Ciągnęła się za mną trauma z dzieciństwa. Rozwód rodziców, brak miłości, opieki, samotność. Jako dziecko byłam świadkiem współżycia mojej mamy z obcym mężczyzną – w tym samym łóżku. Przeszłam terapię indywidualną i grupową. I trudno napisać, ze pomogły mi w 100%. Nie pomogły.
I jestem na rekolekcjach, gdzie pojawia się modlitwa uwolnienia. „Nie, ja nie jestem gotowa. Nie mam siły zmierzyć się z tym co mnie przeżera od środka”. I nie poszłam. Ale na tych rekolekcjach padło hasło, że czasem sama modlitwa nie pomaga, wtedy można się wspomóc terapią. I złapałam się tej myśli. Poszłam na terapię. Kolejną, indywidualną. I muszę przyznać, że choć minęło parę lat od poprzednich – psychoterapia ma już świetne narzędzia do pomocy człowiekowi. Ale jedno pytanie pozostawało bez odpowiedzi. Wychowywała mnie sama mama. Wiele zranień musiałam wyleczyć. Natomiast do ojca, którego nie było w moim życiu, nie miałam absolutnie żadnych zastrzeżeń. To był dla mnie sygnał, że zranienie jest na tyle głębokie, że kompletnie nieuświadomione. Taka głęboka zadra. Nie krwawi, nie boli, ale jest wbita. Z wieloma rzeczami za pomocą terapii się uporałam, jednak wiedziałam, że modlitwa uwolnienia to zupełnie „coś” innego. I przyszedł taki moment, że jako osoba wierząca zaczęłam interesować się tą modlitwą . Bo w moim życiu pojawiło się pragnienie modlitwy za drugiego człowieka. Ale nie da się stanąć w obronie drugiego człowieka, gdy samemu się kuleje. I w momencie, gdy już wiedziałam, że mogę doświadczyć tej modlitwy, postanowiłam dobrze się do niej przygotować. Czytając książkę Neala Lozano, odmawiałam te zapisane modlitwy i prosiłam Boga, żeby sam pokazał mi miejsca, które potrzebują uwolnienia. I wiecie, niesamowite, Pan Bóg mi pokazywał. Przypominały się wydarzenia, ludzie, słowa, które potrzebowałam zawierzyć. Denerwowałam się przed samą modlitwą, jak przed egzaminem – wiedziałam, że kończy się choroba, zaraz wyjdę zdrowa, pełna sił. Moment samej modlitwy: Pan Bóg pokazał mi pełny obraz mojego dzieciństwa i później zobaczyłam, jak postepowanie mojej mamy otworzyło furtkę do działania złego w moim życiu. I tu zrozumiałam, że ojciec, który powinien mnie chronić – nie było go. I zobaczyłam, że przez te wszystkie sytuacje przeszłam, bo Bóg był ze mną. Ciało było poranione, ale dusza nietknięta. Wszystko, co mnie bolało zawierzyłam, mogłam przebaczyć i ojcu i mamie. I sobie. I jeszcze tym wszystkim, którzy byli narzędziami złego. Mogłam na nowo wyznać wiarę! I krok po kroku doświadczyć uwolnienia poprzez powiedzenie na glos: PRZEBACZAM. I na koniec poczułam, że stoję w PRAWDZIE. I pojawił się obraz mojego wnętrza oświetlonego bardzo silnym światłem. A Małgosia powiedziała: „Oto wszystko staje się nowe”.
Pisząc to świadectwo chciałam zaświadczyć, że tylko Pan Bóg może nas uwolnić od naszych chorób. Ta modlitwa to było dokończenie tego, czego człowiek sam nie ogarnie. Nawet z pomocą dobrego psychologa. Bo Bóg przenika wszystko i leczy wszystko. I jest MIŁOŚCIĄ.
Bardzo dziękuję za modlitwę. Za Wasz Dom Miłosierdzia.
To uwolnienie daje miejsce miłości, która pragnie iść dalej. Chcę posługiwać tą modlitwą zaczynając Kurs modlitwy wg 5 kluczy.
Agnieszka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *